Prezentujemy: 462 biografii muzyków, 2010 recenzji, 534 artykułów, 267 wywiadów, 7850 płyt, 1759 linków, 515 galerii
ARTYKUŁ
Lot w dźwiękowe nieznane

Relacja z dwóch koncertów Krakowskiej Jesieni Jazzowej z udziałem Barry'ego Guya.

W sobotni wieczór byliśmy świadkami uzyskania wspólnego mianownika pomiędzy hiszpańskim gorącym temperamentem, a międzykulturowym obyciem obywatela postkolonialnej Anglii.

Tak w skrócie mógłbym podsumować klimat koncertu Agustí Fernándeza, Ramóna Lópeza oraz Barry’ego Guya. Zespół zaprezentował repertuar oparty na eklektycznym połączeniu różnych estetyk i wrażliwości.

Przyznam, iż na początku obawiałem się trochę, co też z tego wszystkiego będzie. Wywindowanie skrzętnie zazwyczaj schowanego pod deskami sceny fortepianu na widok publiczny nie tylko załamało przestrzeń i grę cieni, ale również zapowiedziało konfrontację z bardzo klasycznym instrumentarium.

Nie jest to dobra wiadomość dla kogoś, kto przychodzi do "Alchemii" po coś nowego. Powiedzmy sobie szczerze, że lata eksploracji fortepianu w jazzie mamy już dawno za sobą. Ktoś może powiedzieć: tak samo jest z saksofonem czy kontrabasem! Miałby zupełną rację! Nie wiem co jest takiego w mojej głowie, ale ilekroć widzę, że będzie grany jazz z udziałem piana, mam ochotę uciec w popłochu przed poczuciem, że jestem świadkiem grania dżeziku do kotleta. Wiem tylko tyle, że jest wielu takich, co czują podobnie. Podłoże mojej wzmożonej czujności jest więc już jasne. Tym większą ulgę poczułem, kiedy dotarło do mnie, że wszelką bojaźń mogę sobie schować do kieszeni na później.

To, co zaprezentował nam Agustí Fernández na swoim wielkim instrumencie, nie nadawało się bowiem na podkład do spożywania czegokolwiek, w jakiejkolwiek restauracji. Niechybnie powodowałoby to brak zainteresowania jedzeniem, w przypadku miłośnika jazzowych dźwięków, lub natychmiastowe opuszczenie lokalu z reklamacyjnymi pretensjami, w tym drugim przypadku. Kiedy pozostała dwójka muzyków dawała upust skumulowanej energii, Fernández bił po klawiaturze całymi dłońmi z impetem rozdrażnionego byka na corridzie. Natomiast w chwilach malowania zespołowego poetyckiego obrazu, zamieniał się w czułego hiszpańskiego kochanka-zdobywcę, ujmując delikatnością frazowania, pozostając jednak świadomym charakteru krwi płynącej w jego żyłach. Cecha ta była najbardziej jaskrawa w przypadku pianisty. Ogromna wszechstronność.

Ramon López nie pozostawał dłużny i odwdzięczał się tym samym swoim kolegom. Wiadomo o nim, że posiada szeroką wiedzę o rytmice różnych gatunków muzycznych takich jak flamenco czy muzyka hinduska i to było słychać. Zresztą w samym zestawie zawarł elementy pasujące raczej do obu wymienionych form, niż do jazzu. Odnosiło się wrażenie, że ten człowiek potrafi zagrać wszystko. Prócz standardowych pałek, miotełek lub po prostu dłoni, używał również efektownie łamiących się na scenie patyczków. Twórczo wykorzystywał również perkusję jako całość, nie ograniczając się do membrany.

Moim faworytem był jednak doskonały kontrabasista Barry Guy. Miałem przyjemność słyszeć go już wcześniej i wiedziałem jakiej klasy należy się spodziewać. Nie zawiodłem się. Jego kompozycja "Analiza" była najmocniejszym punktem programu. Bardzo oryginalne riffy, moc oraz nieujarzmiona agresja - oto jak mniej więcej to brzmiało. Sam artysta pokazał nam prawie wszystko to, co charakteryzuje jego styl. Miałem wrażenie, ze był prowodyrem wszelkich dzikich wyskoków spadochronowych bez zabezpieczenia lub instruktora, do swobodnego lotu w dźwiękowe nieznane. Słuchając go byłem wdzięczny losowi oraz pierwotnemu zamysłowi, że zagra dla nas dwa oddzielne koncerty w przeciągu dwóch wieczorów. Czasu spędzonego na obcowaniu z muzyką Guya nigdy za dużo!

Trio Fernándeza,Guy, López zadało nam zagadkę gdzie leżą granice jazzu, a gdzie zaczyna się międzyidiomatyczna podróż na nowe tereny muzyki? Bywało przejmująco lirycznie, tylko po to, by za moment obrócić to uczucie w pełne furii plądrowanie niezapisywalnej pięciolinii. Energia jaka wyzwoliła się podczas występu porywała dynamiką i zwrotnością. To może jeszcze na koniec jedno porównanie, iż zwrotność ta przypominała przejażdżkę po mieście niezawodnym "pelikanem". Czy było alchemicznie? Oj było. A za dowód posłużyć może przełamanie po raz pierwszy tabu drugiego bisu. Salwa radości zmieszanej z podziwem wylała się z pełnej po brzegi widowni zmuszając muzyków do wyjścia dwa razy.

xxx

Dosadny dowód na to, że niedaleko barokowym improwizacjom od współczesnych form wolnej jazzowej ekspresji przedłożył nam duet Maya Homburger – Barry Guy w ramach siódmego już koncertu krakowskiej jesieni.

Dyrektor artystyczny festiwalu, Marek Winiarski, od początku imprezy zapowiadał to wydarzenie jako jedno z najważniejszych. Nie chodziło wyłącznie o to, iż po raz kolejny tej jesieni usłyszeć gawiedzi przyjdzie kontrabas Barry’ego Guya, ale chyba głównie o to, że muzyka sama w sobie będzie wyjątkowa. Celem pary muzyków było połączenie odległych epok i stylów w taki sposób, by ukazać istniejące między nimi podobieństwa. Heraklitowski pantareizm w sztuce objawia się najdotkliwiej i trzeba wielkiego talentu, by nakłonić współczesność do chwili kontemplacji uroków dawnych. To zadanie na pewno udało się tym razem.

Samą formą wydarzenie to przypominało bardziej warsztaty muzyczne, niźli koncert. Poczynione zostało to w taki sposób, abyśmy zrozumieli z czymże mamy do czynienia i w jaki sposób ułożyć sobie z tą rzeczą spółkowanie. W akcji budowania kolejnych etapów opowiadano nam zatem o korzeniach danego zamysłu, o kryjących się za nim filozofiach, co zresztą wywołało na widowni wyraźny ferwor. Dobrą sprawą jest przecie, wśród wrażeń wyniesionych, pójść w pospólstwo z pożyteczną wiedzą teoretyczną. Była tym zacniejsza, iż Guy poświęcał kolejne kompozycje takim figurom, jak Max Bill czy Samuel Barclay Beckett.

Pierwszy z listy pojawił się w najwspanialszym momencie duetu, w wyśmienitej kompozycji, przypominającej dokonania kompozytorów muzyki współczesnej "Hommage a Max Bill" - barokowe skrzypki białogłowy zaśpiewały tedy melodię mym uszom najmilszą. Dźwięki dobrane jako przyczynek do portretu tego genialnego architekta, wizjonera wzornictwa i artysty, były równie finezyjne jak jego ażurowe konstrukcje. Z kolei wielki wieszcz stał się impulsem inspirującym poprzez swe słowa, odczytane zresztą przez Guya przed przystąpieniem do spełnienia dzieła, do utworu solowego na kontrabas. Zaiste centralną partią całego spotkania był ów popis! Widziałem już sporo różnych facecji, wszelkiego rodzaju rozrywek i igraszek ze strunami tego instrumentu czy też jego pudłem rezonansowym, ale takiej lekcji nie dał mi jeszcze nikt! "Five fizzles" - tak nasz foryster opus swe nazwał. Nazwa odnosi się do efektu towarzyszącego nagłemu otwieraniu silnie gazowanych napojów. Kiedy odginamy kapsel zdarza się, iż zawartość wypryskuje na nas sycząc i mocząc nam koszulkę, a czasami nawet spodnie. Było to pięć kolejno po sobie następujących impresji na temat fragmentu poematu Backetta. Podobnie jak zawartość butelki, dźwięki stanowić miały wyprysk pomysłów i koncepcji wprost na świadkujących słuchaczy. Każda z części ujawniała fiksację wobec jednego ze sposobów wydobywania dźwięku. Były więc drewniane kołki, tworzące perkusyjne efekty, smyczek, który sprawiał, że kontrabas płakał nad beznadzieją tego świata (bardzo baketowskie!), granie palcami wraz z charakterystycznym dla kontrabasistów zaśpiewem towarzyszącym, filcowe pałeczki, a na koniec długie metalowe druty między strunami poruszane w ruch z zacietrzewieniem kowala, który realizuje zamówienie na podkowy dla całego pułku kawalerii konnej. Arcydzieło, które nagrodzone zostało kilkuminutową frenetyczną owacją.

Czekałem wręcz kiedy ludzie powstaną z krzeseł i wyklaszczą się na stojąco. Nie było by to zresztą przesadą. Ciekawostką było zaprezentowanie utworu z poprzedniego wieczoru "Analiza" w przełożeniu na bas solo.

Koncert był obrzędem alchemicznym ukazującym tylko rąbka tajemnicy, jaką jest muzyczne porozumienie. Proces to skomplikowany w szczególności, gdy mamy do czynienia z pewną formalną syntezą. Było to wydarzenie niecodzienne. Wymykające się wszelkim próbom zaszufladkowania stylistycznego. Pięknym przykładem jak dawne może łączyć się ze współczesnym w jedną zgrabną całość.

Jestem pewien, że nic już temu nie dorówna, jeżeli chodzi o ową oryginalność. Chociaż dyskusyjne wydaje mi się włączenie tego projektu w ramy Krakowskiej Jesieni Jazzowej, której w tym roku przyświeca idea najlepszej free jazzowej muzyki świata, to równocześnie nie czuję, że popełniono jakikolwiek mezalians. Była to muzyka pozagatunkowa i może właśnie dlatego pasowała wszędzie tam, gdzie chce się pokazać sztukę ambitną, poszukującą nowych jakości.

Krakowska Jesień Jazzowa, Kraków, Alchemia

11.10.2009 - Fernández /Guy /López Trio (Agustí Fernández - piano, Barry Guy - double bass, Ramón López - drums)

12.10.2009 - Homburger / Guy (Maya Homburger - baroque violin, Barry Guy - double bass)

Brunon Bierżeniuk (Alchemia)

Data wstawienia: 2009-10-22


Lot w dźwiękowe nieznane
Barry Guy (Fot. Krzysztof Penarski)
SPONSORZY SERWISU
POLECAMY


  Wstecz  Do góry  Napisz do nas  Drukuj
© 2002-2009 Andrzej E. Grabowski & Rafał Fagas & Kamila Szczepaniak