Prezentujemy: 462 biografii muzyków, 2010 recenzji, 534 artykułów, 267 wywiadów, 7850 płyt, 1759 linków, 515 galerii
ARTYKUŁ
Marek Winiarski: Nie da się kolekcjonować wyłącznie bitów

Z Markiem Winiarskim, najbardziej cenionym obecnie polskim wydawcą muzyki improwizowanej, rozmawia Andrzej Grabowski.

Andrzej E Grabowski: Niewielkie, niezależne wydawnictwo płytowe Not Two odnosi, co tu kryć, międzynarodowy sukces. Czy mimo wielu trudności, ale z godną podziwu konsekwencją zrealizowałeś to o czym kiedyś marzyłeś?
Marek Winiarski:
Nie mógłbym powiedzieć, że wydawnictwo płytowe było od zawsze moim marzeniem. Pojawiło się na pewnym etapie mojego życia jako naturalna konsekwencja moich zainteresowań jazzem – koncertami, nagraniami czy kontaktami z muzykami. W jakimś sensie było to pójście na łatwiznę, bo pozwoliło mi na zdecydowanie częstsze i łatwiejsze obcowanie z tym, co mnie najbardziej interesuje. Zawsze uważałem, że wolność i niezależność są bodaj najważniejszymi sprawami w życiu człowieka, więc jeśli można znaleźć taki sposób samorealizacji czy pracy, by działać zgodnie z własnymi pasjami, przekonaniami czy marzeniami, to człowiek w jakiś sposób się spełnia. A jeżeli dochodzi do tego, jak mówisz, sukces – to już niewiele więcej potrzeba, by uważać się za szczęściarza.

AEG: Nie jesteś niespełnionym muzykiem, ale zarazem dosyć niepokorną osobą. Co trzeba w sobie mieć, by stworzyć wydawnictwo - instytucję, w której najwybitniejsi improwizatorzy chcą wydawać swoje płyty?
MW:
Nie jestem pewien, czy jestem niepokorny. W sprawach codziennych raczej chyba jestem bardzo otwarty, tolerancyjny i skłonny do kompromisów. Natomiast w sprawach artystycznych uważam, że nie powinno się iść na skróty czy kierować doraźnymi modami; tylko wierność sobie, szczerość i konsekwencja pozwalają zaistnieć na dłużej. A w relacjach z artystami niezbędne jest wzajemne zrozumienie, uczciwość i zaufanie – bez tego można wydać dwie, trzy płyty lub zorganizować trzy, cztery koncerty i jesteś out. W jazzowym światku wszelkie złe wieści rozchodzą się bardzo szybko, a pracować na pozytywną opinię trzeba długo.

AEG: Czy 12-płytowy box z koncertów The Vandermark 5 w krakowskiej "Alchemii" był przypadkiem, czy też środkiem do zrealizowania marzeń, o których wspominałem?
MW:
Pięć kolejnych koncertów The Vandermark 5 było moim pierwszym większym przedsięwzięciem organizacyjnym. Ken przygotował nowe kompozycje, które zespół "przerabiał" codziennie na próbach, a następnie (wraz z innymi, starszymi) wykonywał na koncertach. Miała z tego powstać nowa płyta, zakładaliśmy nagranie w całości wszystkich wieczorów i wybranie najlepszych wersji nowych utworów. Skończyło się to, jak mówił Ken, moim najbardziej zwariowanym pomysłem - wydaniem całości nagrań w postaci boksu. Ale doświadczenia tych pięciu dni – próby, koncerty, rozmowy – były tak niesamowite, że wydanie całości stało się dla mnie oczywistością. Pamiętając z koncertów, a później słuchając na przykład utworu "Camera", który grany był każdego wieczoru i każdego wieczoru był całkowicie inny – zrozumiałem, że to jest właśnie kwintesencja jazzu. Nie miałem żadnych wątpliwości, że trzeba to "uwiecznić" na płycie.

AEG: Przeglądając Twój katalog Not Two trudno już znaleźć ważnych współczesnych muzyków, których jeszcze nie wydałeś. Na kogo jeszcze zastawiasz "sidła", a może ich płyty są już w przygotowaniu. Jednym słowem, czym nas jeszcze zaskoczysz?
MW:
Jest tylu jeszcze wspaniałych twórców, że na pewno nie uda mi się wydać wszystkiego, co chciałbym. Tym bardziej, że szczególnie podnieca mnie poznawanie nowych twarzy – dlatego staram się, w miarę możliwości, bywać na różnych festiwalach i koncertach. Najbliższe plany wydawnicze to kolejny box – "Resonance", czyli dźwiękowa historia specjalnego projektu Vandermarka sprzed niemal dwóch lat; duet Sabir Mateen / Matthew Shipp; kolejne krążki Szilarda Mezeia; Trio X + Mikołaj Trzaska (2CD’s); kwartet Peter Brötzmann / Joe McPhee (2CD’s); nowy Conference Call (2CD’s); czy w końcu "Annular Gift" – najnowsze nagrania Vandermark 5. Naturalnie jest tych projektów znacznie więcej, a o kolejnych stale myślę, tak więc mam roboty jeszcze na długo.

AEG: Równolegle do rozwijającego się imponującego katalogu współorganizujesz koncerty. Który z nich był dla Ciebie najważniejszy i jakie niespodzianki nas jeszcze czekają?
MW:
Zdecydowanie najlepiej wspominam "Resonance", koncert Septetu Anthonego Braxtona i Chicago Tentet Petera Brötzmanna. Pod względem organizacyjnym wymagały mnóstwa pracy, a jak już się wszystko udało, to muzyka zupełnie nas powaliła – takie rzeczy będzie się pamiętać zawsze. Tej jesieni, w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej, ostrzę sobie zęby przede wszystkim na dwa koncerty z udziałem Barry'ego Guya. Duet z Mayą Homburger widziałem na festiwalu w Szwecji, a trio z Agustí Fernándezem i Ramónem Lópezem w Brugii i były to niezapomniane wieczory. Nie ukrywam, że oba występy zrobiły na mnie takie wrażenie, że od razu zacząłem rozmowy na temat ich występu w Krakowie. Udało się. Mam już też wstępne założenia programowe na 2010 rok, mam nadzieję, że uda się je zrealizować.

AEG: Jesteś także kolekcjonerem płyt. Czy w dobie MP3, iPodów, sprzedaży w Internecie tradycyjne (sic!) płyty CD mają jeszcze sens?
MW:
Nie bardzo sobie wyobrażam, jak kolekcjoner miałby zbierać bity? foldery? pamięć? Przecież płyta to także grafika, liner notes, fotki etc. – bez tego, to jakby numizmatyk zbierał same rewersy monet. Naturalnie każdy może słuchać muzyki ze źródła, które mu odpowiada i wystarcza, ale kolekcjonerstwo jest czymś więcej. Dlatego raczej spokojnie patrzę na przyszłość płyt CD, a z jeszcze większą radością odnotowuję powrót do płyt analogowych.

AEG: Czasem się dziwimy dlaczego na koncertach w "Alchemii" bywa tak niewielu muzyków. Czy Ty bywasz na koncertach Jarka Śmietany, Zbigniewa Namysłowskiego czy "Ptaszyna" Wróblewskiego. Może te światy są już rozłączne?
MW:
Ja jak zwykle wszędzie doszukuję się pozytywów – w "Alchemii" w miarę regularnie pojawiają się młodzi: Rafał Mazur, Wacek Zimpel czy muzycy Stonki. I to na pewno cieszy, a że starsze pokolenie nie jest specjalnie zainteresowane? – widocznie znają już wszystko.
W latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych chodziłem na niemal wszystkie koncerty jazzowe – każdy wtorek spędzałem w "Jaszczurach", byłem na każdych Zaduszkach czy Jazz Jamboree. I na pewno z wielką uwagą i satysfakcją śledziłem, na przykład, dokonania Namysłowskiego – począwszy od "Loli" z 1964, przez "Quartet", "Winobranie" i "Kujawiaka" – to były wspaniałe płyty, a i ówczesne jego koncerty zawsze były wielkim przeżyciem. Teraz sytuacja jest diametralnie inna, bo świetnych koncertów jest mnóstwo i nie sposób wszystkie obskoczyć. Wybieram więc te, po których mogę się spodziewać czegoś nowatorskiego i oryginalnego.

AEG: Znam Twoje bezkompromisowe poglądy. Ale mimo wszystko myślę, że warto pielęgnować tradycję Komedy, Seiferta, Kosza i innych. Co takiego się stało, że to są tylko symbole, od których cynicy odcinają już tylko kupony?
MW:
Do tych nazwisk na pewno dołączyłbym też Trzaskowskiego i Stańkę. Oni wszyscy są najjaśniejszymi postaciami w historii polskiego jazzu. A że wykorzystywani są koniunkturalnie – cóż, takie czasy. Rok 2010 będzie rokiem chopinowskim – jestem bardzo ciekaw, ilu znanych muzyków jazzowych przedstawi wiekopomne / nowatorskie / jedyne / niepowtarzalne (niepotrzebne skreślić) projekty, z Chopinem w tytule.

AEG: W Diapazonie odbyła się niedawno dyskusja o edukacji jazzowej. Co Ty o tym sądzisz? W końcu odkrywałeś kiedyś Miłość, Simple Acoustic Trio, braci Olesiów.
MW:
Nie mogę się wypowiadać na ten temat – za mało wiem. Ogólne wrażenie mam takie, że polska edukacja jazzowa jest za bardzo akademicka, a najlepsi twórcy młodszego pokolenia działają niejako obok niej.

AEG: "Powiedz mi co czytasz, a powiem Ci kim jesteś". No właśnie czy znajdujesz czas na lekturę? Podziel się swoimi gustami.
MW:
Czytam teraz zdecydowanie mniej niż dawniej – brak czasu i oczy nie te. Ale ostatnio zachwyciłem się dwiema książkami Khaleda Hosseini: "Chłopiec z latawcem" i "Tysiąc wspaniałych słońc". Są jednocześnie niemal tragiczne i pełne ciepła i optymizmu. Jakimś cudem, w celach poznawczych, przebrnąłem przez coś (tytuł od razu zapomniałem) Elfriede Jelinek – dla mnie tragedia. A niedawno na festiwalu w Ljubljanie poznałem słoweńską poetkę Barbarę Korun – nie sądziłem, że współczesna poezja może tak prosto przemawiać do wyobraźni - może to dlatego, że ona pasjonuje się free jazzem.

AEG: Najważniejszy koncert w życiu, na którym byłeś, a który mógłby nim być, ale na nim nie byłeś.
MW:
Nie potrafię wymienić tego jedynego koncertu. W latach siedemdziesiątych byłyby to przede wszystkim Gil Evans Orchestra i kwintet Charlesa Mingusa (obydwa na Jazz Jamboree); w osiemdziesiątych naturalnie pierwszy Miles (choć bardziej jako wydarzenie historyczne i społeczne niż muzyczne); w dziewięćdziesiątych dzień Zorna na Warsaw Summer (aż dziw, że po kilkunastu latach jakość tak radykalnie przeszła w ilość – dolarów oczywiście). A wiek XXI (pomijając koncerty przeze mnie organizowane, bo z nimi na pewno jestem emocjonalnie bardzo związany) – chyba występ DKV (Drake-Kessler-Vandermark) Trio na festiwalu na Sardynii w 2008. Cały festiwal poświęcony był muzyce Dona Cherry’ego, a DKV jako jedyny zespół nie grał utworów Dona, a jedynie "w klimacie" – rezultat był niesamowity.

Nie udało mi się nigdy zobaczyć Armstronga na koncercie, a myślę, że nawet jeśli byłyby to piosenki bliższe musicalowi czy kabaretowi, jakie wykonywał pod koniec życia, to i tak spotkanie z taką legendą byłoby niesamowitym przeżyciem.

AEG

Data wstawienia: 2009-08-07


Marek Winiarski: Nie da się kolekcjonować wyłącznie bitów
Marek Winiarski, Lwów 2004 (Fot. Gennadij Dudkin)
SPONSORZY SERWISU
POLECAMY


Da się kolekcjonować bity ( Jurek Plieth wysłano 2009-08-11 godz. 10:17 )
  Wstecz  Do góry  Napisz do nas  Drukuj
© 2002-2009 Andrzej E. Grabowski & Rafał Fagas & Kamila Szczepaniak